Nowiny

Szałwia rodem z Afryki

Salvia africana-lutea To, że dziś jest 1 kwiecień, nie oznacza, że będę Wam opowiadał, że Salvia lutea-africana zimuje u mnie w ogrodzie. Owszem, zimuje w ogrodzie, ale zimowym, gdzie temperatura zimą nie spada poniżej -5°C. To taka mała szklarenka przy domu.
Dlaczego właśnie dziś opowiadam o tej szałwii ?

Rok temu sfotografowałem kota czekającego na swoją panią wylegując się w płaskiej doniczce, gdzie były posiane rzadkie rośliny pochodzące z Kraju Przylądkowego (południe Afryki).
Najpierw mnie złość wzięła, a potem wziąłem aparat, resztę już wiecie (link dla niewtajemniczonych: magia nasionka ). Z pięciu wysianych gatunków wykiełkowały dwa.

Na szałwii zależało mi szczególnie, bo spotkałem się z opinią, że to roślina bardzo chętnie odwiedzana przez pszczoły.
Dziś już wiem dlaczego. Duże, raczej brązowe, a nie jak w nazwie żółte, kwiaty wytwarzają rankiem po ogromnej kropli nektaru.

Niestety nie dysponuję sprzętem pomiarowym, który by mi pozwolił operować gramami i procentami. Wydaje się, że nektar jest dość rzadki, ale nektarowanie pojedynczego kwiatu trwa kilka dni. Mimo, że roślina egzystuje w niewielkiej doniczce rozrosła się do dużych rozmiarów (najwyższy pęd ma ponad 1,5m). Każdy pęd zakończony jest kwiatostanem, który się składa z kilku do kilkunastu dużych kwiatów, które nektarują jednocześnie. Najlepiej wyrośnięte pędy rozpoczęły nektarowanie przed tygodniem. Roślina będzie prawdopodobnie kwitła na bocznych pędach jeszcze wiele tygodni. Mam nadzieję, że uda mi się sfotografować na nich pszczołę, choć obawiam się, że na zewnątrz wiatr może zdewastować szklarniową, bądź co bądź, roślinę.

Warto zauważyć (patrz zdjęcia), że operująca na szałwii mszyca wytwarza spore ilości słodkiej spadzi. Nie będę się chwalił wyglądem płytek z ogrodzie, bo nie ma czym - musicie uwierzyć na słowo, że kapie tam nie tylko nektar z kwiatów, spadzi jest jeszcze więcej.

W RPA szałwia ta często sadzona jest jako żywopłot, pięknie się prezentuje i ma sporą żywotność.

 

O szałwii żółtej afrykańskiej (Salvia lutea-africana) już trochę opowiedziałem, teraz opowiem o miejscu, z którego pochodzi.

Miejsce wysunięte najdalej na południe Afryki nazwane zostało Przylądkiem Dobrej Nadziei. Spotykają się tam wody Oceanu Atlantyckiego i Indyjskiego, a ławice wędrujących sardynek widziane są ponoć z kosmosu.

Ciocia Wikipedia twierdzi, że „Europejskim odkrywcą przylądka był w 1488 r. portugalski żeglarz Bartolomeu Dias, który nazwał go Przylądkiem Burz. Nazwa została zmieniona przez króla Portugalii Jana II na Przylądek Dobrej Nadziei, gdyż było to miejsce, którego osiągnięcie dawało nadzieje na dotarcie na Daleki Wschód”.

W 1652 Holendrzy założyli tu miasto Kapsztad, które obecnie jest blisko 4 milionową metropolią.

Dla zaostrzenia apetytów miłośników roślinek mały cytacik z portalu turystycznego travelone.pl: „flora południowej Afryki należy do najpiękniejszych, najbardziej egzotycznych na całym świecie, jednak gatunki te należą do najbardziej zagrożonych”.

Botanicy ustanowili tu najmniejsze na świecie państwo roślinne i nadali mu nazwę Capensis. Na niewielkim obszarze występuje 8,5 tys. gatunków, z czego ponad 70% to endemity (gatunki nie występujące w naturze nigdzie poza tym obszarem).

O odmienności Kraju Przylądkowego zdecydowały pasma górskie, które oddzieliły go od suchej i gorącej Afryki. Wiele roślin pochodzących z tego obszaru znosi ujemne temperatury, ale oczywiście nasze zimy są dla nich zbyt potężnym wyzwaniem. Klimat tam panujący jest bardzo zbliżony do klimatu panującego w obszarze śródziemnomorskim. Panują więc tam znakomite warunki dla rolnictwa. Uprawy rolne wydzierają rodzimym roślinom przestrzeń niezbędną do życia.

Uprawiając rośliny pochodzące w najmniejszego na świecie państwa roślinnego nie ocalimy go, ale chociaż przypomnimy, że istnieje.

 

Tekst i foto: Marek Pogorzelec